Koniec października był bardzo słoneczny, wietrzny i taki jakiś zupełnie inny niż kiedykolwiek. Spacerując nad jeziorem obserwowałam dzikie kaczki i łabędzie jak leniwie pływały, robiły to jakby od niechcenia. Ja chyba, też nie mając nic lepszego do roboty, leniwie chodziłam brzegiem jeziora. Wiatr targał moje włosy i smagał mnie po policzkach. Zimno !!! Brrrrr !!!! Przecież ja już nic nie wymyślę!!!! Przeczytałam gdzieś kiedyś, ze ludzie stojąc pod drzewem życia, umierają z głodu nie wiedząc i zastanawiając się bez końca jak i czy zerwać owoce życia…??? Wtedy te słowa nie zrobiły na mnie większego wrażenia, chociaż zawsze to co czytam we mnie pozostaje… a potem wraca jak powracająca fala, jak bumerang do Aborygena , jak miłość kiedy się nią podzielisz jak kromką chleba… Tak było i tym razem… Usiadłam na ławce, zapaliłam papierosa, spojrzałam na chmury, takie chmury są tylko na Mazurach, takie niebo jest tylko tu, taki błękit jeziora… i taki stan ducha można mieć tylko tutaj!!!!!!!!!!!!!! Westchnęłam jak się wzdycha, kiedy już się niczego nie wie, albo kiedy wie się prawie wszystko, jednak nie bardzo dowierza się własnemu odkryciu Tak było zemną…
Czy ja wyrzekam się pokarmu dla własnej duszy?
Czy ja nie mam odwagi zerwać z drzewa życia owoców, żeby nie umrzeć z głodu?
Czy moja codzienna siła jest moją największą słabością?
Czy ja wzięłam w niewolę własne uczucia???
Spojrzałam na taflę wody w jeziorze, która zmieniała swoje kolory od ciemnego granatu po niebieski, niebieściutki wręcz siwy kolor… To jezioro przyciągnęło mnie do siebie moimi nadziejami, marzeniami i wątpliwościami… Niebo szuka w toni jeziora swego odbicia i zawsze znajduje. Ja wychodząc naprzeciw miłości spotkałam ją ??? Przyglądam się sobie jak to niebo w jeziorze. Czy ja pozwolę, żeby kropla, no może już strużka zmieniła się w potok??? Czy w napotkanej miłości znajdę własne oblicze jak niebo w toni jeziora?